| Bil Brama |
|
|
|
Za stodołą wznosiła się stara kużnia, nieużywana już od lat. Ale teraz czerwone i żółte błyski zalewały podwórze i pulsowały niczym serce. I jak u serca, rozbrzmiewało regularne dudnienie. Z każdym uderzeniem światło rozbłyskiwało błękitem. Panna Flitworth zajrzała przez otwarte wrota. Gdyby była osobą, która przysięga, mogłaby się zaklinać, że nie wydała żadnego dżwięku, który byłby słyszalny przez trzask ognia i uderzenia młotka. Jednak Bill Brama odwrócił się i stanął pochylony, trzymając przed sobą zakrzywione ostrze. - To ja! Rozlużnił się, a przynajmniej przeszedł na inny poziom napięcia. - Co ty tu robisz, do demona? Spojrzał na ostrze w ręku, jakby widział je po raz pierwszy. POMY?LA?EM, ?E NAOSTRZę KOSę, PANNO FLITWORTH. - O pierwszej w nocy? Spojrzał na nią, nie rozumiejąc. W NOCY JEST TAK SAMO TęPA, PANNO FLITWORTH. Po czym uderzył kosą o kowadło. I NIE MOGę NAOSTRZYć JEJ DO?ć DOBRZE! - Myślę, że zaszkodziło ci to gorąco - stwierdziła i ujęła go za ramię. - Poza tym wygląda na całkiem ostrą... - zaczęła i urwała nagle. Palce przesunęły się po kości ramienia, cofnęły na chwilę i zacisnęły znowu. Bill Brama zadrżał. Panna Flitworth nie wahała się długo. Przez siedemdziesiąt pięć lat widziała wojny, głód, niezliczone chore zwierzęta, kilka epidemii i tysiące drobnych, codziennych tragedii. Smutny szkielet nie mieścił się nawet w górnej dziesiątce Najgorszych Rzeczy, jakie znała. - Więc to ty... - powiedziała tylko. PANNO FLITWORTH, JA...
Terry Pratchett |