| Liczące sosny |
|
|
|
To zapewne doskonała metoda z punktu widzenia gatunku, ale z perspektywy pojedynczych osobników, których dotyczy, postrzegana jest jako zwykłe świństwo - a raczej gadstwo, przy czym chodzi o te małe, różowe, żywiące się korzeniami gady, z których pewnego dnia mogą wyewoluować świnie. Dlatego liczące sosny unikały tych kłopotów, pozwalając innym roślinom ewoluować dla siebie. Nasienie sosny, spadające na ziemię w dowolnym miejscu Dysku, poprzez rezonans morficzny natychmiast wychwytywało najbardziej efektywny kod genetyczny i wyrastało w coś optymalnie dopasowanego do gleby i klimatu. Zwykle radziło sobie o wiele lepiej niż gatunki miejscowe, które na ogół wypierało. Jednak najciekawszą cechą liczących sosen jest to, w jaki sposób liczą. Niejasno zdając sobie sprawę, że istoty ludzkie nauczyły się rozpoznawać wiek drzewa poprzez liczenie pierścieni w pniu, pierwsze liczące sosny uznały, że ludzie właśnie po to ścinają drzewa. W ciągu jednej nocy liczące sosny skorygowały swój kod genetyczny tak, by jasnymi cyframi na pniu, mniej więcej na wysokości oczu człowieka, wyświetlać swój dokładny wiek. W ciągu roku wycięto je niemal do ostatniego egzemplarza - w związku z zapotrzebowaniem producentów ozdobnych tabliczek z numerami domów. Tylko kilka przetrwało w trudno dostępnych rejonach. Sześć liczących sosen rosnących w jednej kępie słuchało najstarszej, której sękaty pień informował, że ma trzydzieści jeden tysięcy siedemset trzydzieści cztery lata. Sama rozmowa trwała siedemnaście lat, ale na potrzeby tej opowieści została przyspieszona. - Pamiętam, że kiedyś wokół były nie tylko pola. Sosny spojrzały na tysiące mil pejzażu. Niebo migotało niczym marne efekty specjalne w filmie o podróży w czasie. ?nieg pojawiał się, leżał przez krótką chwilę i topniał. - A co wtedy było? - spytała jej najbliższa sąsiadka. - Lód. Jeśli to można nazwać lodem. Wtedy mieliśmy porządne lodowce. Nie takie coś, co trafia się teraz, poleży pół roku i już go nie ma. Tamten lód leżał przez całe wieki. - No to co się z nim stało? - Odszedł. - Dokąd odszedł? - Tam, gdzie odchodzą rzeczy. Wszystko stale gdzieś pędzi. - O rany... Ta była ostra. - Co takiego? - Ta zima przed chwilą. - To nazywasz zimą? Kiedy byłam pędem, mieliśmy takie zimy, że... I wtedy drzewo zniknęło. Po trwającej kilka lat chwili zdumionego milczenia, jedna z kępy odezwała się wreszcie. - Ona zniknęła. Ot tak sobie! Jednego dnia tu stała, a następnego jej nie było! Gdyby pozostałe drzewa były ludżmi, z pewnością przestąpiłyby z nogi na nogę. - To się zdarza., moja mała - odpowiedziało ostrożnie jedno z nich. - Trafiła do Lepszego Miejsca1, możesz być tego pewna. Była dobrym drzewem. Młoda sosna, licząca sobie zaledwie pięć tysięcy sto jedenaście lat, nie była przekonana. - Do jakiego Lepszego Miejsca? - Nie jesteśmy pewne - odparła jej starsza koleżanka. Zadrżała lekko w dmuchającym przez tydzień wietrze. - Ale myślimy, że są tam... trociny. Ponieważ drzewa nie są w stanie nawet zauważyć zdarzenia, które trwa krócej niż dzień, nie usłyszały stuku siekier.
Terry Pratchett |
||||